Emballages

Kończyła się w świecie epoka sztuki „informel”, wielka przygoda
naszego wieku.
Wielu jej malarzy z resztek świetności, jak ze wspomnień
usiłowało wysnuć dalsze życie nostalgicznych snów
o zapomnianych pejzażach i ludzkich postaciach, które
jak widma powracały z odległej epoki.
Nie chciałem wspomnień.
Nie nadszedł widocznie jeszcze ten czas, gdy miałem
rozpocząć swą podróż do krainy przeszłości, gdy z czasu
przeszłego, z jego nostalgią i daremnością miałem,
jak z biednych łachmanów „tworzyć” tragiczny
obraz czasu teraźniejszego.
Jeszcze nie poznałem względności czasu i jego ultimatum.
Pytałem sam siebie – „czy możliwy jest powrót
Orfeusza”. Z infernum. Tam, w moim „Infernum”
poczułem po raz pierwszy dotknięcie tej
Pięknej Pani-¦śmierci i jej władzę, jaką sprawuje
nad sztuką. Nic nie było bardziej wielkiego
i wspaniałego. W wiele lat póĽniej miałem stanąć
naprzeciw Niej, w Jej „t h e a t r u m”.
Ewentualność powrotu do świata „zewnętrznego” wydała mi się
godną pogardy. Zbyt łatwa.
Był to dla mnie dziwny czas, te lata. Jakby próżnia,
w której dokonało się dla mnie coś trudnego do
wytłumaczenia. Tam, w tym moim Infernum, słowo „nic”
nabrało dla mnie niecodziennego, przejmującego znaczenia.
To banalne i w życiu codziennym zużyte do cna słowo
stawiało tam swoje zwycięskie ultimatum.
NIEWYOBRAŻALNO¦Ć. Gubiły się rysy  w i z e r u n k u,
który polecał surowo uczyć się jego szczegółów.
Stary racjonalista mieszkający we mnie, chcąc uniknąć
widoku GROZY tego krótkiego słowa, zastąpił je
innym: OKOLICE ZERA.
Teatr mój tego czasu nazwałem zerowym.
Jakbym się lękał wypowiedzieć inne,
stojące za słowem „NIC” – słowo: ¦MIERĆ.
Wtedy zrobiłem mój pierwszy E M B A L L AG E.
Gdy wykonałem tak mi później znany i mój własny GEST
wsadzając do biednej torebki strzępy pomiętego papieru
i czegoś tam jeszcze,
musiałem być wewnętrznie gotowy nie powracać, jak
Syn Marnotrawny do dawno opuszczonego DOMU,
z jego wszystkimi „w i z e r u n k a m i”,
z WIZERUNKIEM:
Matki, Ojca, Dzieci, Psów, Zwierząt domowych,
Koni, Nieba za oknem, Lasów, Pagórków, Dróg,
ścieżek, Chmur…
Wszystko to, tak drogie i piękne „w życiu”,
„w wizerunku” traciło wtedy dla mnie swoją prawdę,
jakby przemawiało powtórnie, jakby powtarzało.
Pamiętam dobrze ową chwilę i ten pomięty papier i coś tam
jeszcze.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 15.

 

"Emballage", 1963, własność  prywatna

„Emballage”, 1963, własność prywatna

P R Z E D M I O T.
Coś, co jest P O Z A mną.
Mógłbym go narysować.
Jego WIZERUNEK.
Widzę w pomiętym papierze prawie wszystko.
Ale wtedy mi to nie wystarczało.
Nie o WIZERUNEK chodziło.

 

Z n i s z c z y ć?
Aby mieć choćby chwilową nad nim przewagę.
Zjeść?
Aby w ten sposób złączył się z moim organizmem.
Było to za proste i jakieś desperackie.

 

Uznać go za „p r z e d m i o t  s z t u k i”, „L’objet pret”?
W powojennym świecie przypominano sobie ten termin z lat
Pierwszej Wojny ¦światowej i Kabaretu Voltaire.
Pamiętałem również, że nie wiedząc nic o tym, w czasie
Drugiej Wojny ¦światowej, w moim Teatrze Podziemnym dokonałem
tego samego odkrycia.
Ale w moim wypadku nie było to takie proste, racjonalne
kończące się pointą estetyki,
jak tam w Zurychu, w Kabarecie, nie bez racji noszącego
imię Voltaire’a.
Była wojna inna. Graliśmy ze śmiercią nie w kabarecie,
ale na każdym kroku, w dzień i w nocy.
Był również słowiański liryzm, pomieszany z tragedią Losu
i jakieś religijne poczucie Przekroczenia, Grzechu i Winy.
Wykroczenie poza święte prawa tworzenia, które nakazują
surowo  n a m a c a l n ą  interwencję artysty.
I z kolei
godne „napiętnowania” w y r ę c z a n i e  się
REALNOŚCIĄ GOTOWĄ,
która dotychczas była nietykalnym i świętym
MODELEM, jak w tabernakulum,
której winno się wierność, modły, a w ostateczności
interpretację, zawsze uważaną za coś podejrzanego.
W tym może przesadnie brzmiącym dziś opisie,
chcę uzmysłowić sytuację i chwilę owego roku 44-go,
gdy z życiowej rzeczywistości „wyjąłem” PRZEDMIOT
i nadałem mu rangę dzieła sztuki.
OBŁOCONE KOŁO OD WOZU WIEJSKIEGO
I ZMURSZAŁĄ DESKĘ Z PŁOTU.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 15-16.

 

Gdzieś z głębi czasu mego „religijnego” dzieciństwa idące,
rodziło się poczucie niemal grzechu.
Równocześnie moja druga strona „heretycka” miała świetny
materiał do działania.

I jeszcze jedna dygresja.
Wtedy, w 44-tym mój PRZEDMIOT miał jedną cechę. Moją
własną: znamię B I E D Y. Nic z estetyki!
Później w 63-im nazwałem to: „u progu śmietnika…
między śmietnikiem a wiecznością…”
Gdyby nie było tej B I E D Y, pozostałaby zwyczajna
nobilitacja PRZEDMIOTU do wysokości pomnika sztuki.
Pomnik sztuki… pogardzałem nim, w owe straszne lata
wojny.
Bardzo mi chodziło właśnie o B I E D Ę.
Aby ją zatrzymać.
B I E D A miała stać się na długo, a może do końca
treścią mojej sztuki.

Wracam do mojej opowieści o PRZEDMIOCIE,
do tej chwili, gdy trzymałem biedną torebkę w ręku,
nie wiedząc dobrze, co z nią zrobić.
A miałem powierzyć jej swoją przyszłość.
Wiedziałem, że nie mogę powtórzyć mojego gestu
z 44-ego roku, pomimo, że realność i przedmiot
nie przestały się liczyć i miały wprost przeciwnie
szanse przetrwać jeszcze długo.
Wiedziałem, że to, co w czas wojny tworzyło się
przeciw wszelkiej estetyce, stawało się w 63-im
tylko wyrafinowanym gestem i… estetyką.
Wtedy zrobiłem coś, co miało zadecydować o mojej
przyszłości: ten PRZEDMIOT szybko i jakoś „cichcem”
u k r y ł e m.

 

"Signez si'l vous plait", 1965, Moderna Museet w Sztokholmie

„Signez si’l vous plait”, 1965, Moderna Museet w Sztokholmie

Jestem bardzo przywiązany do tego okresu mojego życia i twórczości,
któremu dałem nazwę „Ambalaże”.
Jest on mi bardzo drogi. Nie chcę pozostawiać go na pastwę wątpliwych
interpretacji i naiwnych analiz.
Dlatego błagam jeszcze o chwilę cierpliwości.
Chcę dzisiaj, z odległości czasu  p o w t ó r z y ć  w jakimś
logicznym ciągu (dziś mogę już sobie pozwolić na tę logikę)
to, co wtedy, u początków, było burzą i szukaniem drogi w ciemnościach.
Będzie to jak spis rozdziałów na końcu mojej książki i życia.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 16-18.

 

A więc:
… Okres sztuki „informel”, jak już wspominałem, nazwałem
„zejściem do piekieł”, do „infernum”.
Zniknął świat zewnętrzny, przedmiotowy
i otworzył się przede mną inny.
Ale to „infernum” nie miało nic z antyku.
Należało do naszego wieku, w którym piekłem stało się nasze
w n ę t r z e.
Obraz stał się po prostu wydzieliną mego wnętrza.

… Po kilku latach miałem dość … siebie i
zacząłem myśleć o powrocie.
Zapytywałem, czy możliwy jest powrót Orfeusza.
Do „naszego” świata.
Niestety nie ma powrotów.
Jest to tragiczny los człowieka.

… Wtedy wróciła dawna fala. Czas p r z e d m i o t u.
To „coś”, co istnieje na przeciwnym biegunie mojej świadomości,
mojego „ja”.
Niedostępne.
I to usiłowanie za wszelką cenę, od wieków, aby go „d o t k n ą ć”.
Przedmiot, który tkwił we mnie głęboko,
teraz odzywał się natarczywie i obiecująco.

… Musiałem z nim coś zrobić.
Wiedziałem dobrze, że tradycyjne przedstawianie, jego „wizerunek”
nie wróci,
że jest tylko odbiciem.
Tak jak światło księżyca.
Pod spodem jest martwy.
A przedmiot istnieje.

… Wiedziałem dalej, że wszelka jego „interpretacja”
też zbankrutowała. Minął dla mnie bezpowrotnie czas, gdy
wystarczało go przekształcać, deformować, stylistycznie nim
manipulować i mieć przekonanie, że się „tworzy” demiurgicznie.
Stało się to dla mnie naiwną wiarą.
Takie „wykrzywianie się”!
A Przedmiot istniał ciągle.
N i e t k n i ę t y.

… Ciągle ten księżyc
i jego strona
n i e w i d o c z n a !
Czy można zobaczyć coś od strony niewidocznej.
Czy istnieje taka strona?
Niewidoczność.
Niewidzialność.
Uczynić niewidzialnym!
Ukryć!!
Zapakować!!!

… i tutaj odegrała swoją rolę moja stara idea, aby „artystyczne”
postępowania wyprowadzać z prozaicznej codzienności, z rzeczywistości,
która w stosunku do  w y o b r a Ľ n i  „bogatej” pozostaje
B I E D N A.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 18-20.

 

Ten gest O P A K O W A N I A
spełniany w najbardziej prozaicznej codzienności życia
przeniosłem z lękiem na moje dzieło.
Dzieło sztuki.
Podniecała mnie niepewność czy przy tym ryzykownym pociągnięciu
pozostanie jeszcze przy życiu
samo dzieło.
Pamiętam, że długo jeszcze, w mojej świadomości,
prozaiczność i codzienność tego terminu
nie mogły się pogodzić
z nobliwym pojęciem „kreacji”.
O P A K O W A N I E …

Słyszało się to słowo
na każdym kroku, na ulicy, w sklepie,
gdy była mowa o towarze …

Gest nabierał stopniowo znaczenia rytuału.
Stawał się symboliczny.
Gdzieś na granicy
żałosnej codzienności,
szyderstwa,
pogardy,
i śmieszności
pojawia się nagle
rosnący cień patosu.
Instynktownie odczuwałem wtedy,
a właściwie odczuwam stale, zagrożenie najgłębszych
wartości ducha ludzkiego.
Należało i należy nieustannie
c h r o n i ć  je
przed zniszczeniem
przed czasem,
przed prymitywnymi wyrokami władzy,
przed tępą inkwizycją oficjalnych i głupich sędziów.
I decyzja niemal jak w momencie katastrofy:
o p a k o w a ć!
Zachować!
I TA WŁAŚNIE CECHA GŁĘBOKO EGZYSTENCJALNA
ODRÓŻNIAŁA MOJE DZIEŁO
od innych wydawałoby się podobnego gatunku.
Ale tylko pozornie podobnego.
Bo były to albo praktyki czysto estetyczne,
albo zwyczajne, wulgarne plagiaty.

 

"Emballage IV", 1967, Muzeum Sztuki w łodzi

„Emballage IV”, 1967, Muzeum Sztuki w łodzi

Działałem w tym czasie (1958-60-63)
w dużej mierze instynktownie,
pod naciskiem bliżej mi nieznanej wtedy
konieczności.
Tak zresztą zawsze się dzieje.
Po latach dopiero poznajemy, że nasza twórczość
„spontaniczna” i „indywidualna”
była dyktowana
przez Siłę wyższą,
przez KONIECZNOŚĆ.
I o niej chcę tu mówić.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 20-21.

 

Istnieje w człowieku jedna cecha niezmiernie wzruszająca:
człowiek
to stworzenie wyrosłe ponad całą naturę,
obdarzone przez złośliwych bogów świadomością,
która jest jego zwycięstwem
i jego klęską.
Twór niesłychanie kruchy i delikatny,
nie mogący sobie dać rady
sam ze sobą,
UKRYWA
pewne rzeczy,
nazwijmy je świętymi.

Człowiek nie chce
za żadną cenę
P O K A Z A Ć
tego czegoś, co ukrywa
bo pokazanie oznacza zawsze
P O M N I E J S Z E N I E  i
O S ł A B I E N I E.

Człowiek ukrywa
wszystko, co jest najgłębszą istotą jego życia,
swoją siłę przetrwania,
swoją przeszłość, która jest zawsze najdroższą,
pamięć po najbliższych,
swego Boga …
Ta cecha ludzka,
nie poddająca się nikomu
i niczemu,
w jakimś rozpaczliwym
bohaterstwie,
niepokonana –
nie kapituluje nawet
przed ¦ M I E R C I ą.
Stworzywszy wcześniej ideę zmartwychwstania –
ukrywa martwe już ciało
w trumnach i mogiłach.

Sam wizerunek ¦śmierci,
tego najpotężniejszego
przeciwnika życia –
jest przez wyobraźnię
człowieka „skonstruowany”
z   k o ś c i,
najsilniejszych części
ciała ludzkiego, które mają największą szansę
p r z e t r w a n i a.
A ciało ludzkie;
ten kruchy i „poetycki”
Ambalaż
szkieletu, śmierci,
nadziei
przetrwania
aż do Sądu Ostatecznego.

Kończę:
W tym pra-instynkcie
istnieje czyste pojęcie
wnętrza.
Niewidzialnego.
Zagrożonego
przez świat zewnętrzny
i wrogi.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 21-23.

 

Przez wiele lat odkrywałem tereny, gdzie to słowo
AMBALAŻ brzmiało głębiej.
Jak zaklęcie.
Znajduję je nawet w mej najodleglejszej przeszłości.
Jego treść
Jakby jakaś RĘKA napisała tam na początku
księgę losów mego życia.
A ja tylko stopniowo przerzucam jej karty.

1944 Z Ulissesa, homerowego bohatera zrobiłem
         „coś”,
         co było owinięte, opakowane nędznymi brudnymi szmatami
         wojskowego szynela.
         Trudno było w tym „tobole” dopatrzeć się ludzkiej postaci
         i sławionej wielkości.
         Gdzieś w górnej części tego „czegoś” otworzyły się nagle
         usta i wymówiły kilka tylko słów: „spod Troi wracam…”

1957 Postacie aktorów, ich ciała i ruchy, wszystkie ich stany
         psychiczne i uroki,
         tę najwyższą esencję gry scenicznej
         ukryłem w ogromnym, czarnym
         w o r z e,
         i jego kurczowym ruchom powierzyłem
         uczucia, namiętności i konflikty…
         Trzeba było na to dużo determinacji i jakiejś wiary
         w możliwości przelewania życia przez aktorów
         na martwe przedmioty.

z cyklu "Torby przemysłowe", 1964, Muzeum Sztuki w łodzi

z cyklu „Torby przemysłowe”, 1964, Muzeum Sztuki w łodzi

 

1962 Nędzne, ze śmietnika,
         t o r b y
         papierowe, pomięte, pogniecione przybijałem brutalnie,
         jak okazy rzadkich motyli, na nieskalanie czystych płótnach
         moich obrazów.
         Ich zagięcia wynikłe z produkcji zastąpiły dawne, wyrafinowane
         p o d z i a ł y  abstrakcji.
         O ileż były mi one teraz droższe od tamtych
         dumnych i „awangardowych”.
         Torby umęczone, rozkrzyżowane,
         u w i ę z i o n e.

1963 Umieszczałem i unieruchamiałem na obrazach
         l i s t y – p a k i e t y
         z adresami przyjaciół, do których nigdy nie miały dotrzeć.
         A na nich pieczęcie jak słońca w pejzażach ich wędrówek
         i nieznanych miejsc przeznaczenia.
         Obraz stawał się miejscem
         P O C Z T Y.
         Tym dziwnym miejscem próżni i nicości,
         między nadawcą a adresatem,
         między początkiem a przeznaczeniem.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 24-26.

 

Projekt "Wystawy na poczcie" (nie zrealizowany), 1965, Cricoteka, fot. Cricoteka

Projekt „Wystawy na poczcie” (nie zrealizowany), 1965, Cricoteka, fot. Cricoteka

1965 Odkryłem wtedy nowe możliwe miejsce ekspozycji i  wernisaży:
         P O C Z T Ę.
         Z powodów czysto życiowych nie doszła do skutku
         ani ekspozycja, ani wernisaż.

 

1967 Ale niedługo po tym powróciła
         P O C Z TA.
         Z „prawdziwej” poczty warszawskiej wyruszył pochód
         siedmiu „prawdziwych”, emerytowanych L I S T O N O S Z Y
         niosących gigantyczny L I S T
         długości 14 metrów,
         ulicami Warszawy do miejsca przeznaczenia, galerii Foksal,
         gdzie zgromadzony i bez przerwy informowany o przebiegu 
         transportu, tłum gości wernisażowych, rozszarpał go spontanicznie
         na drobne kawałki.

         A potem były:
         P A K U N K I
         powiązane sznurkami, z pracowitością maniacką,
         w nieskończenie zawiłej kombinacji węzłów
         i w niedocieczonych celach,
         i stara
         W A L I Z K A
         wypełniona jakimiś resztkami i odpadkami,
         mogąca być niewątpliwą własnością szaleńca.
                      i
         T O R B Y  P R Z E M Y S ł O W E
         o kompromitującej wartości estetycznej, z tajemniczymi
         napisami, kompletnie niezrozumiałymi dla laika.

"Stemplowane słońce", 1967, Muzeum Narodowe w Warszawie

„Stemplowane słońce”, 1967, Muzeum Narodowe w Warszawie

         Przyszedł moment, kiedy postanowiłem o p a k o w y w a ć
         L U D Z I
         żywych.
         W kawiarni warszawskiej owijałem postać ludzką
         higienicznym papierem.
         Nieskończony, rozwijający się pas, bandażujący ciało ludzkie
         miał w sobie coś z gestu samarytańskiego.
         Powtórzyłem to w Bazylei, w starym zabytkowym spichlerzu.
         A w końcu coś, co nazwałem
         „małą zemstą na Hitlerze”,
         na środku kolosalnych ruin Hitlerjugendparadengelände.
         Była to niemal msza ambalażu ludzkiego.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 26-27.

 

1968 Pewnego dnia spotkałem nosorożca.
         Było to spotkanie niemal jak w dzikiej puszczy, „oko w oko”,
         w pustce i samotności.
         Nie miało żadnego znaczenia, że Nosorożec żył w rysunku Dürera.
         Widocznie czekałem na niego.
         Przeczuwałem, że spotkanie to może mieć dla mnie ważne
         konsekwencje.
         Nosorożec miał mi dużo do opowiedzenia.
         Wydawało mi się, że słyszę jak mówi:
         „moja skóra, ho, ho, przyjrzyj się tylko dobrze tym
         arabeskom,
         ornamentom,
         guzom,
         tej interesującej kompozycji,
         tej materii, przeznaczonej chyba na wieczność,
         to imponujący – tu brakło mu określenia, a ja jeszcze nie
         odkryłem słowa –
         Emballage –
         A Nosorożec chwalił się dalej –
         moja skóra,
         dzieło sztuki,
         arcydzieło,
         mogę śmiało stać w Luwrze…
         A to co w środku?
         Nieważne.
         Zbywał to pytanie z pańską dezynwolturą.
         A może nie chciał ujawnić faktu, że w środku wszystko jest tak
         jak u wszystkich…
         Była w tym jakaś duma.
         Bezinteresowna.
         Dzieło sztuki.
         Pomógł mi bardzo
         rok później, gdy
         trzymałem biedną, papierową torbę
         i wkładałem do niej …
         nieważne co.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 28-29.

 

1969 Po roku, czy dwóch nastąpiło drugie spotkanie z Nosorożcem.
         W Norymberdze.
         W filmie pt. „Kantor ist da”*.
         W kawiarni-restauracji.
         Siedzę przy stoliku, jak zawsze na czarno, szal czarny itd.
         Kawa, papierosy, nic nie przeczuwam.
         Wtem wchodzi ktoś, a raczej „coś” /jak Ulisses czasu wojny/.
         Osobnik brudny, szary, okutany cały w szmaty, jakieś płaszcze,
         jak tobół nieforemny,
         nic z człowieka.
         Dźwiga monstrualny plecak, niemal z nim zrośnięty.
         Siada bezceremonialnie przy moim oczywiście stoliku.
         A ja, czarny, ta elegancja, czarne lakierki, szal, kapelusz
         z szerokim rondem i to wszystko co mi niektórzy przypisują:
         kabotyn-artysta.
         Ale to wyjątkowo potrzebne tutaj.
         Zamawiam ogromny kotlet i coś tam jeszcze.
         „Nosorożec” rzuca się na to,
         żrąc jak przystało na nosorożca.
         Czekam, a potem zadaję memu gościowi szereg pytań dyskretnych:
         skąd wędruje,
         czy już długo,
         czy zmęczony,
         co tu robi.
         Nosorożec odpowiada poprzez zwały pożeranego mięsiwa bełkotem
         i stłumionym rykiem.
         Od pytań grzecznościowych przechodzę do bardziej istotnych –
         tryb życia?
         samotnik?
         filozof?
         może artysta?
         Nosorożec skończył swój posiłek,
         a na ostatnie pytanie wyrzuca z siebie jedno słowo
         „merde”!
         wstaje, przewracając wszystko dokoła, ta masa nie  wiadomo czego
         posuwa się ku wyjściu.
         W tym momencie zjawia się policja zawezwana przez
         zbulwersowaną klientelę.
         Właściciel wszystko bierze na siebie.
         Ja spokojnie dopijam swoją kawę…

         Po tym wystarczyło mi samo ubranie.
         Ale ciągle słyszałem dudnienie pędzącego nosorożca.
         Ubranie.
         Ten dziwny „dodatek” człowieka.
         Jego ciała.
         Nagiego.
         „Dodatek”, który w swej materii nie ma nic wspólnego z ciałem
         ludzkim, z  c z ł o w i e k i e m.
         Obcy.
         Stara się tylko nas zmylić.
         Uprawia oszustwo.
         Dlatego należy koniecznie zająć się tym procederem,
         jego pseudo-anatomią,
         „od podszewki”, zdemaskować.
         Sytuacje często dramatyczne.
         Jakieś części ciała jakby próbowały się ratować,
         wyrwać z tego więzienia.
         Dać znać o sobie.
         Uznałem to za dobrą sposobność pokazania na nowo postaci
         człowieka,
         w jego losie, jaki mu gotuje od wieków cywilizacja.

         W sukurs przyszedł oczywiście teatr.
         świetne pole popisu.
         Cóż za udawanie.
         Mizdrzenie się,
         podszywanie,
         doskonałe oszustwo
         i…
         pustka,
         ten teren w gruncie rzeczy uwielbiany przeze mnie.

 

*Film „Kantor ist da” zrealizował Dietrich Mahlow dla Institut für Moderne Kunst
w Norymberdze i telewizji Saabrücken w roku 1968 (przyp.red.).

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 30-32.

 

Cały pochód postaci, które wędrowały przez mój teatr

i moje obrazy:

Wielki Gimnastyk z Plecakiem w spektaklu „Kurka wodna”,

Człowiek z walizkami /tamże/,

Żyd Wieczny Tułacz z Trąbą Sądu Ostatecznego
szczelnie opakowaną w czarny żałobny ambalaż.
Obwieszony poduszkami, jakie stare Żydówki wywieszały przez
okna w Wielopolu. W czerwonych poszewkach.
Żyd Wieczny Tułacz dokonywał swoistego „deambalażu”
rozpruwając poszewki, z których wylatywały na publiczność
tumany pierza,

Dwaj Chasydzi z Deską Ostatniego Ratunku
w czarnym „rytualnym” ambalażu,

Wariatka z ciężkim workiem o niewiadomej zawartości,
 
Wariat w kostiumie, na który składała się masa czarnych woreczków,

Panienka z dobrego domu „odziana” – dosłownie w prostytutkę,

i
„Ambalaż wędrowny”,
ogromny plecak podróżujący na kole rowerowym.

"Emballage Hołdu Pruskiego", 1975, Muzeum Narodowe w Krakowie

„Emballage Hołdu Pruskiego”, 1975, Muzeum Narodowe w Krakowie

Postanowiłem „opakowywać” postacie muzealne.
Oto „Infantki” Velazqueza. Jak relikwie lub madonny.
W uroczystych strojach, z wymuszonymi gestami i pustką grobową
w oczach trwają bezbronne…
Sławną spódnicę Infantki jak liturgiczny ornat, zastąpiłem
starą, zniszczoną torbą listonosza.
Wyżarte solą morską drewienka wyrzucone na brzeg, stanowią
jedyną znikomą aluzję do wewnętrznego szkieletu…
Ważyłem się na ambalaż „świętości narodowej”, „Hołdu pruskiego”
Matejki. Dumne postacie królewskie, rycerskie, biskupie
„opakowywałem” z desperacją, lękiem i pietyzmem –
na wieczność.
Żywego pozostawiłem tylko wielkiego Błazna Królewskiego –
Stańczyka.

 

"Autoportret", 1977, Muzeum Narodowe w Krakowie

„Autoportret”, 1977, Muzeum Narodowe w Krakowie

Tą moją metodą opakowywania wykonałem portret
najdroższej mi osoby, mojej Matki.
Od młodości do grobu.
I w końcu przyszła kolej na mnie samego.
Autoportret.
Na czarnych pudłach z domu towarowego umieściłem moje portrety
od czasu niemowlęctwa do dziś.
Dobre 70 lat.
Jest na co patrzeć!
Wszystko to niedbale rzucone w coś, co może kojarzyć się
z otwartym… grobem,
który jakby czekał na Portret Ostatni.

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 33-34.