Infernum

Już w 47-mym przeczuwałem to moje „zejście” do Infernum.
Po tamtej stronie Styksu czy Lety. Kraina ¦śmierci.
Wtedy, w 47-mym cofnąłem się przed progiem. Jakbym się bał
utracić za wcześnie ten, tak mi drogi wizerunek człowieka.
I przyszedł moment wreszcie, gdy zdecydowałem się
na niebezpieczne przejście. Jeszcze, w tym wichrze,
nieznanym mi dotąd, starałem się dojrzeć ostatnie zarysy
postaci ludzkiej. A później wszystko stało się tylko
RUCHEM i MATERIĄ.
Infernum. To było moje „W N Ę T R Z E”,
gdzie kłębią się namiętności, żądze, wszystkie pasje,
rozpacz i rozkosz, żale przeszłości i jej tęsknoty, i pamięć
wszystkiego, i myśl trzepocząca się jak ptak w czasie burzy.
To miejsce było równocześnie: wulkanem, polem walki
i celą żarliwych rozmyślań.
Cały czas mówię tylko o OBRAZIE. Obraz, który stawał
się jakąś „wydzieliną” mojego „WNĘTRZA”.
Obraz, nie „p r z e d s t a w i a n i e”, ale niemal
biologiczna materia mojego organizmu.
Nie widzę już kształtu człowieka. Jego kształtu
zewnętrznego, który był zawsze identyfikowany z  ż y c i e m.
Samo życie staje się podejrzane, jego istota zbyt
upraszczana dotychczas i sprowadzana do banalnego obrazu.
Czuję powiew ¦śmierci, tej Pięknej Pani, jak ją nazywa
Gordon Craig. Czy przypadkiem nie Ona rządzi
w sztuce…
Brak życia, tego tak uproszczonego przez naturalizm
i materializm, brak „rozkazów” wysyłanych z naszego mózgu,
które powodują działania „rozumne”.
Ten „b r a k”, początkowo bluźnierczy stał się
moim wyznaniem wiary.
Doświadczyłem działania sił jakby „z tamtej strony”,
które wstrząsały „czystą” powierzchnią mojego OBRAZU.
Czułem, że ta MATERIA i „POPIOŁY” rozwiewane
gwałtownym wiatrem PRZYPADKU są
OSTATECZNYM KSZTAŁTEM CZŁOWIEKA, jego infernalnym
wizerunkiem.
I aby już wszystko  o s ą d z i ć
i  p o z o s t a w i ć  p o z a  s o b ą:
KONSTRUKCJA.
Dotychczasowa święta zasada, na której, wierzyłem,
opiera się świat.
Proces racjonalny, gorzej: praktyczny.
¦środek do tworzenia czegoś, co będzie, mówiąc po prostu,
trzymało się „kupy”.
Gwarancja „s o l i d n e g o  b y t u”.
Gwarancja „solidności”. Niemal produkt przemysłowy.
I jeszcze:
fakt, że produkowała dzieło, o którego wartości i sukcesie
decydowało UKOŃCZENIE.
Potem zostawało już tylko ODDANIE DO UŻYTKU.
Jak małym wydał mi się wtedy ten proceder w stosunku
do żywiołu INFERNUM-WNĘTRZA, do TWORZENIA, które
NIE MA KOŃCA!
 
 
Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 6-7.

 

"Peinture", 1958, Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy

„Peinture”, 1958, Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy

INFERNUM – nieprzerwany R U C H, w którym objawia się
życie w swojej czystej postaci, pulsujące i wrzące,
pozbawione praktycznej celowości,
poddane działaniu nieustannej d e s t r u k c j i
i bez przerwy odradzające się.

 

Jak obojętnie przechodziłem wtedy, w tym moim dumnym
okresie obok wszystkich wspaniałych obrazów muzealnych,
które zamknęły się w perfekcji zakończenia.
Ile klęsk poniosłem, gdy moje obrazy wyrosłe z tej
irracjonalnej idei zamykały się w końcu również
i w moim przekonaniu  u m i e r a ł y.
Powinienem konsekwentnie te „martwe zwłoki” dzieł
grzebać i niszczyć, albo zawieszać je, jak żałobne
chorągwie. Nie robiłem tego. Czy był to brak
radykalizmu – nie wiem. Pozostawała, jako coś bardzo
nieprzemijającego, ostra świadomość idei
jak „message” z „tamtej strony Styksu”.
A obok pojawiała się wierna w takich momentach ¦MIERĆ.
Jakby dawała mi jakieś ostrzegawcze znaki.
I radziła, abym nie podejmował zbyt pośpiesznych
i „doraźnych” decyzji.
Jakby mówiła, że czekają mnie głębsze przeżycia.
Z NIĄ u boku.
Czułem, że trzeba „ratować” obraz. Będzie jeszcze
potrzebny!
Podróż stawała się
poważną.
Trzeba było coś zrobić.
Powziąć decyzję.
Poczułem się bardzo sam
i wtedy znowu to zdanie:
DALEJ JUŻ NIC!
Zostawiłem za sobą
wszystkie moje drogowskazy.
Wzbierała we mnie
złość na:
historię,
kierunki,
etapy,
teorie.
Podróż przybierała dymensje
coraz mniej materialne.
Przestrzeń
rozrastała się
w wymiary inne:
wyobraźni.
Czystej.
DALEJ JUŻ NIC!
Zobaczymy!

 

 

Tadeusz Kantor, „Komentarze intymne”, 1986-88, maszynopis Archiwum Cricoteki, s. 7-8.