Nigdy tu już nie powrócę, 1988 – Ja realny

Scena spektaklu Niezwykły ślub. Wiadomo: Buda Jarmarczna Ona: Marie Vayssière Właściciel knajpy: Andrzej Wełmiński fot. Bogdan Axmann

Scena spektaklu Niezwykły ślub. Wiadomo: Buda Jarmarczna Ona: Marie Vayssière Właściciel knajpy: Andrzej Wełmiński fot. Bogdan Axmann

Ja realny

„Wszystko co robiłem w sztuce,
było odbiciem mojej postawy
wobec wypadków,
które działy się wokół mnie,
sytuacji, w której żyłem,
moich lęków,
mojej wiary w to, a nie co innego,
mojej niewiary w to, co do wierzenia było podawane,
mojego sceptycyzmu,
nadziei.

Do wyrażenia tego wszystkiego
i na własny użytek
stworzyłem
Ideę Realności,
która odrzucała
pojęcie iluzji,
a więc postępowanie uznane za naturalne
dla teatru…
GRĘ,
przedstawianie,
„reprodukowanie”
tego, co zostało napisane
w dramacie („sztuce”).
Słowo „reprodukowanie”
miało ton złośliwy –
coś, co zaprzecza autonomii,
autonomii teatru.
Byłem dumny z tego radykalizmu.
Nie byłem jednak na tyle ortodoksyjny –
aby wierzyć temu do końca.
W praktyce
oddawałem się „na boku”
wątpliwościom
i to chyba ustrzegło moje spektakle
od nudy i oschłości.

Nie oznacza to, że porzucam dziś
tę ideę.

Dzięki niej coś tam zrobiłem
dla zwiększenia autonomii teatru,
i zdemaskowania powszechnej,
nieznośnej
i pretensjonalnej
metody
„udawania”, na serio,
„przeżywania”, na serio
i.t.d., i.t.d.

Przyszedł jednak w końcu moment
w etapie mojej twórczości,
który zaczynam uważać
za „resumée” –
moment – powiedziałbym –
ostateczny,
kiedy robi się rachunek sumienia.
Jak to było naprawdę
z tą realnością.
Czy rzeczywiście zrobiłem wszystko dla niej?
Zaczynam być surowy
dla siebie samego.

Gdy miałem być dzieckiem,
dzieckiem był kto inny,
nie ja realny
(to jeszcze można usprawiedliwić).
Gdy miałem umierać,
umierał kto inny.
„Grał” mnie umierającego.
I ta „gra”,
którą wykląłem,
funkcjonowała doskonale.

Gdy z uporem, z tęsknotą,
nieustannie
wracałem myślą
do Klasy Szkolnej,
to nie ja, to inni (aktorzy)
wracali do ławek szkolnych,
wracali, „przedstawiali”
i „udawali”.

Mówiąc prawdę,
osiągałem tylko to,
że z pasją i satysfakcją
pokazywałem,
że „udają”.
Moja obecność na scenie
miała zatuszować
klęskę mojej „niemożliwej” idei:
„niegrania”,
i ratować
jej ostatni dowód i rację:
„u d a w a n i e”.

Ale w głębi duszy
nie rezygnowałem.

Z pomocą przyszło mi
samo życie…

Moja ostatnia wyprawa w tym życiu,
które na równi z moją sztuką
pojąłem jako nieustanną podróż,
p o z a  c z a s e m
i  p o z a  w s z e l k i m i 
p r a w a m i …”

 

(program do spektaklu, Kraków 1990, s.18-19)